Dwa lata temu, chyba w marcu 2024, obiecałem Zosi, że nauczę się hiszpańskiego. Miała wtedy 15 lat, siedziała naprzeciwko mnie przy stole i jadła tosty z dżemem malinowym. Rzuciłem to trochę bez zastanowienia — oglądaliśmy akurat jakiś serial na Netflixie, dubbingowany po hiszpańsku, i stwierdziłem na głos, że to piękny język. Zosia spojrzała znad tosta i powiedziała, dokładnie tymi słowami: „Tato, tylko nie poddaj się po tygodniu jak z tą gitarą”. Rok i cztery miesiące później piszę ten tekst z 400-dniową passą na Duolingo.
Szczerze mówiąc, sam jestem w szoku. Nie dlatego, że umiem hiszpański — bo właściwie nie umiem. Jestem w szoku, bo robię coś codziennie przez 400 dni z rzędu. Mi, człowiekowi, który w 2019 roku porzucił lekcje gitary po trzech tygodniach, a w 2021 ebooka o inwestowaniu po pierwszym rozdziale. Coś tu się zmieniło — tylko nie do końca to, co myślałem.
Co nie zadziałało
Na początku miałem konkretny cel. Pojechać do Hiszpanii — marzyliśmy z Natalią o Andaluzji od kilku lat — i móc zamówić kawę, zapytać o drogę, pogadać krótko z kelnerem. Innymi słowy: ogarnąć się jak turysta z klasą, a nie jak Polak, który macha rękami i mówi „one coffee please”. Takie miałem wyobrażenie.
Duolingo nie uczy rozmowy z turystami. Duolingo uczy Cię pisać zdania „el gato bebe leche” i „la mujer come manzana”. Przyznaję, zajęło mi jakieś sto dni, żeby się zorientować, że ta aplikacja nie jest zaprojektowana do tego, o czym marzyłem. Ona jest zaprojektowana, żeby Cię nie puścić. Żeby każdego wieczoru przypominała Ci o sobie, dawała dopaminę za ukończoną lekcję i chroniła passę. To jest świetnie zaprojektowana zabawka, nie szkoła językowa.
Druga rzecz, która nie zadziałała: nauka „na zapas”, po godzinie dziennie. Próbowałem tak przez pierwsze dwa miesiące. Po dwóch tygodniach zaczęło mnie to męczyć, po trzech zacząłem się sam oszukiwać („zrobię podwójną sesję jutro”), a po miesiącu chciałem odpuścić. Cóż. Metodą prób i błędów ustaliłem, że mniej znaczy więcej — szczególnie jak chcesz robić coś przez rok.
Trzecia rzecz: porównywanie się z Kubą. Mój syn w tydzień ogarnia podstawy nowego języka programowania. Patrzyłem na niego i myślałem, że to jakaś wada mojego 47-letniego mózgu. Tymczasem on nie uczy się języka programowania „na zapas” — uczy się, bo akurat pisze coś konkretnego. Ja tych rozmów po hiszpańsku nie prowadzę z nikim. Uczę się do pustego pokoju.
Co zaczęło działać po ~200 dniach
Gdzieś po pół roku nastąpiła zmiana. Nie w moim hiszpańskim — tam nadal było ubogo — tylko w sposobie, w jaki podchodziłem do tych 15 minut dziennie. Zrobił się z tego rytuał. Wieczorem, po 22, kiedy Natalia czyta w łóżku kryminał skandynawski, a Zosia ma już słuchawki na uszach, ja schodzę do kuchni, nastawiam kawę bezkofeinową (wiem, wiem), siadam przy stole i klikam zieloną sowę.
Te 15 minut zaczęło zastępować mi coś innego: scrollowanie telefonu przed snem. Wcześniej godzinami wpadałem w króliczą norę newsów, Twittera i YouTube’a o katastrofach lotniczych (nie pytajcie). Teraz mam 15 minut hiszpańskiego, a potem zamykam laptop, dopijam kawę i idę spać. To jest najważniejsza zmiana, którą dało mi Duolingo — i nie ma nic wspólnego z językiem.
Drugi efekt: zacząłem rozumieć, czym jest dyscyplina w skali rocznej. Nie dyscyplina typu „wstaję o 5 rano i biorę zimny prysznic” — bo taka u mnie nigdy nie zadziała, znam siebie. Tylko dyscyplina typu „robię coś małego tak długo, że zapominam, że to w ogóle jest decyzja”. Po 200 dniach już się nie zastanawiam, czy włączyć Duolingo. Włączam je jak mycie zębów. A mycie zębów robię od 47 lat bez większego bólu.
Poziom A2 też się jakoś pojawił, trochę bez mojej zasługi. Czytam menu w hiszpańskiej restauracji (w Katowicach, okej, ale jednak). Rozumiem wolne podcasty dla początkujących — jak lektor mówi w tempie żółwia o swoim dniu. Mówić w miarę spójne zdania umiem głównie wtedy, kiedy jestem sam w samochodzie i mogę się powoli zebrać. Z żywym Hiszpanem jeszcze nie miałem okazji pogadać. Obawiam się, że to będzie kompromitacja.
Rywalizacja z Natalią (ona wygrywa)
Kiedy miałem około stu dni passy, Natalia — widząc, jak wieczorami siedzę z tą sową — ściągnęła Duolingo i zaczęła uczyć się włoskiego. Bo zawsze marzyła, żeby w pełni rozumieć teksty piosenek Paolo Conte. Typowe dla niej: konkretny, ładny, lekko romantyczny powód.
Tu zaczęła się jazda. Po pół roku Natalia miała mniej więcej mój poziom, po roku zaczęła mnie wyprzedzać, a dziś — przyznaję oficjalnie — rozumie znacznie więcej włoskiego niż ja hiszpańskiego. Teoria: jest nauczycielką matematyki, więc uczy się systematycznie i nie przeskakuje trudnych lekcji jak ja. Praktyka: po prostu jest od mnie bardziej cierpliwa.
Mamy teraz wieczorny rytuał: ja przy stole z kawą i hiszpańskim, ona w fotelu z tabletem i włoskim. Czasem któreś z nas mamrocze pod nosem „ma che cosa” albo „no me lo puedo creer” i to drugie parska śmiechem. Zosia mówi, że wyglądamy jak dwóch dziwaków z domu spokojnej starości. Być może ma rację.
Na urodziny w listopadzie Zosia dorzuciła mi prezent — subskrypcję Duolingo Super na rok. Bez reklam, z nielimitowanymi życiami, z możliwością powtórki trudnych lekcji. Wręczyła mi to z miną typu „tato, skoro już się nie poddałeś, to przynajmniej zrób to porządnie”. Natalia dostała to samo dwa tygodnie wcześniej, od siebie samej. Mówi, że to była jedyna inwestycja, która jej się zwróciła w tym roku.
Po co mi to naprawdę
Tu dochodzimy do sedna — i do rzeczy, której nie wiedziałem na początku. Nie zacząłem uczyć się hiszpańskiego dla Andaluzji. To była wymówka. Zacząłem, bo chciałem, żeby moje dzieci zobaczyły, że dorosły też uczy się czegoś nowego. I to nie przez tydzień. Nie przez miesiąc. Po prostu codziennie, cicho, bez heroicznych postów na Facebooku, bez kursów za trzy tysiące, bez maratonów produktywności.
Pisałem kiedyś o słomianym zapale dzieci — o tym, jak Kuba zaczynał i rzucał kolejne aktywności, zanim na dłużej zatrzymał się przy kalistenice. Wtedy, w komentarzach, ktoś napisał: „a Pan sam coś robi codziennie przez rok?”. Pamiętam, że przeczytałem to, zamknąłem laptop i poszedłem zagrzać wodę na herbatę. I w sumie to pytanie gdzieś tam we mnie siedziało.
Bo łatwo jest mówić dziecku „wytrwaj”, „nie poddawaj się”, „daj sobie czas”. Trudniej samemu przez 400 dni klikać w sowę. Okazuje się, że to nie jest tak, że dorosły ma wbudowaną cierpliwość, a dziecko ją nabywa. Dorosły ma tę samą pokusę, żeby odpuścić. Tylko ma więcej wymówek, dlaczego to zrobić — bo „praca”, „dzieci”, „zmęczenie”. Wymówki są świetnie wyćwiczone po 47 latach.
Nie wiem, czy kiedykolwiek pogadam z Hiszpanem w Sevilli. Szczerze mówiąc, trochę się o to już nie staram. Jeśli pojedziemy z Natalią w listopadzie — a chyba pojedziemy, są tanie loty z Katowic — to i tak będę się jąkać. Cóż. Ale co wieczór wiem, że usiądę z kawą i zrobię te dziesięć zadań. I mogę spojrzeć Zosi w oczy, kiedy mówię jej, żeby nie rzucała gitary, albo Kubie, żeby dokończył projekt w Unity, który zaczął w styczniu.
I jeszcze jedno, najśmieszniejsze: po 400 dniach nadal nie rozumiem, czemu „drzewo” (el árbol) to po hiszpańsku rodzaj męski, a „ręka” (la mano) żeński, chociaż kończy się na „o”. Moje IT-owe pragnienie logiki w systemie bije w próżnię. Natalia, matematyczka, twierdzi, że każdy system ma swoje wyjątki i trzeba się z tym pogodzić. Pewnie ma rację. Zwykle ma.
Tak mawiała moja babcia: „Kropla drąży skałę nie siłą, tylko ciągłością”. Nigdy nie podejrzewałem, że nauczy mnie tego zielona sowa z telefonu.
Paweł
Jeśli zastanawiacie się, czy zacząć coś małego i powolnego — hiszpański, gra na ukulele, cokolwiek — to moja rada brzmi: nie zaczynajcie dla wielkiego celu. Zaczynajcie dla 15 minut wieczorem zamiast scrollowania. Reszta przyjdzie sama. Albo nie przyjdzie — i to też będzie okej, bo po drodze wyleczycie się z telefonu przed snem. A to, wierzcie mi, jest więcej warte niż umiejętność zamówienia paelli w Maladze.
Ile czasu dziennie trzeba poświęcić na Duolingo, żeby miało sens?
U mnie zadziałało 30 minut dziennie, zawsze o tej samej porze – rano przed kawą. Trzy, cztery lekcje + powtórki starych. Mniej niż 15 minut i tak naprawdę nic nie zostaje w głowie, bo nie ma powtórzeń.
Czy samo Duolingo wystarczy, żeby nauczyć się języka?
Szczerze mówiąc, nie. Do poziomu A2 spokojnie, dalej już trzeba dorzucić coś jeszcze – seriale z napisami, podcasty, rozmowy z żywym człowiekiem. Duolingo świetnie uczy słówek i podstawowej gramatyki, ale nie nauczy cię słuchać prawdziwej mowy.
Czy w wieku 47 lat nie jest za późno, żeby zacząć się uczyć języka?
Nie jestem lingwistą, ale z własnego doświadczenia – nie jest. Idzie wolniej niż u dziecka, nie będę udawał. Za to mam jedną przewagę nad 19-latkiem: wiem, po co to robię, i nie rzucę w tydzień. Motywacja bije talent na dłuższą metę.
Czy warto płacić za Duolingo Super?
U mnie się opłaciło, bo bez reklam i bez tracenia serc uczyłem się szybciej. Ale pełna cena roczna to koszt kilkunastu lekcji u korepetytora. Jeśli masz samodyscyplinę na darmową wersję z reklamami, to wystarczy. Jeśli tracisz cierpliwość przy trzeciej reklamie – zapłać.



Dodaj komentarz