Albert z Fredem zawarli sojusz. Chyba przegraliśmy

Była sobota, wpół do dziesiątej rano. Natalia stała przy wyspie kuchennej, ugniatała ciasto chlebowe — to samo, które od 2023 roku piecze na zakwasie co tydzień, i które pachnie w całym domu tak, że nawet Kuba schodzi z poddasza bez drugiego budzenia. Wszedłem do kuchni z kubkiem po kawie. Miałem nalać sobie drugą. Nie zdążyłem.

Na blacie, dokładnie tam, gdzie leżała miska z mąką, siedział Albert. Kremowy brytyjczyk krótkowłosy z delikatnymi pomarańczowymi pręgami, okrągła pyszczek, miodowe oczy wbite we mnie z wyrazem, który — przysięgam — mówił: „I co mi zrobisz, człowieku?”. Pod blatem, dokładnie pod Albertem, siedział Fred. Rudo-biały mieszaniec beagle z jamnikiem, dwanaście kilo cierpliwości, długie uszy opuszczone, mina „nic nie wiem, niczego nie widziałem, przyszedłem tu przypadkiem”.

Natalia odwróciła się, westchnęła, strzepnęła mąkę z fartucha i powiedziała jedno zdanie, które zostanie ze mną na długo: „Paweł, oni się dogadali. I to nie jest dobra wiadomość”.

Cóż. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że dożyję dnia, w którym kot i pies w jednym domu zawiążą coś w rodzaju paktu o nieagresji skierowanego przeciwko nam. A jednak.

Początek wojny

Cofnijmy się do września 2024. Zosia dopięła swoje — przyprowadziliśmy Alberta ze schroniska w Katowicach (pisałem o adopcji Alberta w osobnym wpisie, jeśli ktoś nie czytał). Miał wtedy jakiś rok, dziś ma około dwóch i pół. Fred był u nas od 2018, czyli sześć lat dłużej — zdążył się przyzwyczaić, że to on jest jedynym zwierzakiem w domu i że wszystkie dywany, miski i dzieci należą do niego.

Pierwsze tygodnie były… napięte. Fred warczał pod nosem, gdy Albert przechodził przez salon. Albert robił ten specjalny koci manewr — puchniesz na dwa razy większego i przechodzisz bokiem, jakbyś właśnie spotkał lwa. Raz Fred szczeknął za głośno w korytarzu i Albert zaszył się pod kanapą na cztery godziny. Natalia była przekonana, że to się nie uda. Ja — szczerze? Też nie byłem pewien.

Zosia czytała nam wtedy co wieczór fragmenty z internetu: że kota i psa trzeba wprowadzać stopniowo, że zapach, że oddzielne miski, że cierpliwość. Robiliśmy wszystko według instrukcji. I przez jakieś dwa miesiące wyglądało, że to działa dokładnie tak, jak powinno — pokojowa koegzystencja, każdy na swoim dywanie, każdy ze swoim obowiązkiem.

Cóż. Gdybym wiedział wtedy, co się szykuje.

Rozejm

Moment przełomowy przyszedł gdzieś w grudniu. Wróciłem z poddasza po dniu spotkań (praca zdalna w piątki, dwa długie calle z zespołem w Hamburgu), zszedłem do salonu po herbatę i stanąłem w drzwiach jak wryty. Fred leżał na dywanie przy kominku. Obok niego, w odległości może trzydziestu centymetrów, leżał Albert. Obaj spali. Fred z nosem schowanym między łapami, Albert zwinięty w kłębek, z tym swoim małym pyszczkiem wtulonym w bok.

Wyciągnąłem telefon. Zrobiłem zdjęcie. Wysłałem Natalii do pracy z podpisem „widzisz to?”. Odpisała: „Nie wierzę. Zrób drugie, z innej strony”. Zrobiłem drugie. Zrobiłem trzecie. Kuba zszedł z pokoju, zobaczył scenę, podniósł brwi i powiedział tylko: „Tato, to jest rozejm. Ciesz się, póki trwa”.

Cieszyłem się. Naiwnie. Jak ktoś, kto nigdy nie czytał historii żadnego rozejmu na świecie.

Jak doszło do sojuszu

Nie umiem wskazać jednego dnia, w którym rozejm zamienił się w coś znacznie bardziej zorganizowanego. Działo się to stopniowo, jakieś cztery, pięć tygodni. Zauważyłem pierwszy raz, gdy Natalia kroiła ser do kanapek dla Zosi przed szkołą. Ser wypadł jej z rąk — standardowa rzecz, wszyscy czasem coś upuszczają — i zanim zdążyła się schylić, Fred już był. Zniknął kawałek sera tak szybko, że miałem wrażenie, że mi się przywidziało.

Dwa dni później Kuba rozsypał granolę przy śniadaniu. Fred — to samo, w trzy sekundy po podłodze nie został ani jeden płatek. A kilka dni potem… zobaczyłem to pierwszy raz na własne oczy.

Stałem w drzwiach kuchni, Natalia była w ogrodzie (zioła, grudzień, mróz, ale ona ma swoje sprawy z tymiankiem). Albert wskoczył na blat. Spokojnie, bez pośpiechu, tym swoim kocim stylem, w którym ewidentnie robi coś, co wie, że nie powinien robić, ale go to nie rusza. Podszedł do deski, na której leżał wyjęty z piekarnika chleb na zakwasie, obwąchał go, a potem — przysięgam — jedną łapką trącił bochenek. Chleb przesunął się o może trzy centymetry. Albert trącił jeszcze raz. Bochenek spadł.

Fred pod blatem. Fred z chlebem w pysku. Fred w korytarzu. Chleba już nie ma.

Stałem i patrzyłem na Alberta, który zszedł z blatu z godnością dyplomaty po udanych rozmowach. Spojrzał na mnie zielonymi oczami i — nie wiem jak to opisać — powiem, że mrugnął. Nie mrugnął. Koty nie mrugają. Ale czułem się tak, jakby mrugnął.

Paweł, po faktach jestem mądry: to nie był pierwszy raz. To był pierwszy raz, kiedy mnie przy tym złapali.

Paweł, po faktach

Od tamtego wydarzenia zacząłem zwracać uwagę. Masło na blacie — zniknęło pół kostki, Fred oblizuje się w kącie. Kawałek kurczaka szykowany do obiadu — „aha, wiatr otworzył okno i spadło”. Opakowanie po krakersach w koszu, które same się tam nie położyły, bo wcześniej leżało na stole.

Podział ról wypracowali idealny. Albert — rekonesans i transport pionowy. Fred — sprzątanie po transporcie. Ja pracuję w IT, analityczne podejście mam w DNA, i muszę uczciwie przyznać: zaprojektowali to sprawniej niż niejeden proces w mojej firmie.

Oto jak przegraliśmy

Wróćmy do tej soboty, od której zaczął się ten wpis. Po zdaniu Natalii („Paweł, oni się dogadali”) wziąłem telefon, żeby zrobić zdjęcie Albertowi na blacie i Fredowi pod blatem — bo to jest materiał, którego nie można nie uchwycić. Tyle że za moimi plecami pojawiła się Zosia. W szlafroku, z kubkiem kakao, telefonem w poziomie i miną doświadczonej reporterki.

„Tato, nagrywam” — powiedziała. I nagrywała. Albert na blacie, Fred pod blatem, Natalia z fartuchem umączonym po łokcie i ja w bluzie z kawą w ręku, tłumaczący kotu — komu? kotu! — że to nie jest OK. Zosia nagrała pełne półtorej minuty. Potem dołączył Kuba, zszedł z poddasza, zobaczył scenę, i z tym swoim nowym studenckim dystansem rzucił tylko jedno zdanie:

„Tato, błagam, nie wrzucaj tego na TikToka. Nie przeżyję tego na uczelni”.

Zosia już otwierała aplikację. Natalia się śmiała tak, że musiała przysiąść na stołku. Ja stałem z kawą, patrzyłem na Alberta, który zszedł z blatu i właśnie ocierał się o kostkę Freda w geście, który mogę opisać jedynie jako „podziękowanie dla wspólnika po udanej akcji”, i doszedłem do wniosku, który od kilku tygodni odsuwałem od siebie.

Przegraliśmy. Kot i pies w jednym domu, w naszym domu, w domu Kolasów z Katowic-Ligoty, dogadali się ze sobą szybciej i skuteczniej niż my z Natalią kiedykolwiek dogadaliśmy się co do wyboru koloru farby w salonie. Mają system. Mają podział ról. Mają wspólny cel. A my mamy — no cóż — mniej chleba na zakwasie, niż powinniśmy mieć.

Zosia film ostatecznie wrzuciła. Nie na TikToka, na rodzinny czat. Puściłem go sobie jeszcze raz wieczorem, z kieliszkiem czegoś mocniejszego, i pomyślałem tylko jedno: przynajmniej nie jesteśmy w tym sami. Coś mi się wydaje, że w niejednym polskim domu dwa cztery nogi kombinują dokładnie tak samo, tylko nie każdy ma pod ręką żonę, która na czas rzuci trafne zdanie, i córkę z odruchem dziennikarskim.

Natalia już piecze drugi bochenek. Tym razem schowała go do szafki. Albert obserwuje szafkę z dywanu. Fred leży obok Alberta. I coś mi mówi, że właśnie omawiają wersję drugą planu.

Autor wpisu

Paweł Kolasa

47 lat, tata dwójki nastolatków — Kuby (19) i Zosi (17). Mieszka z żoną Natalią w Katowicach, od 2022 prowadzi bloga Służba Rodzinie. Nie jest psychologiem. Nie jest pedagogiem. Jest tatą, który uczy się metodą prób i błędów — i dzieli się tym, co z tego wychodzi.

Tata Kuby i ZosiKatowiceBlog od 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *