Rodzinny sport, który nie kończy się na „może następnym razem”

Pamiętam dokładnie tę niedzielę pod koniec marca, jak siedzieliśmy we czwórkę przy obiedzie — rosół Natalii, pieczone udka, ziemniaki z koperkiem — i Zosia w pewnym momencie odłożyła widelec, popatrzyła po nas i powiedziała: „Słuchajcie, a my właściwie jesteśmy taką sportową rodziną, czy tylko nam się tak wydaje?”. Kuba parsknął, Natalia uniosła brew znad talerza, a ja — szczerze mówiąc — zatrzymałem się z łyżką w połowie drogi do ust. Bo to było jedno z tych pytań, które zadaje się niby z luzem, ale w środku jest poważne.

Spojrzałem po stole. Kuba (19) — kalistenika, crossfit, rower codziennie na uczelnię. Zosia (17) — snowboard, crossfit kids w grupie młodzieżowej, gitara nie liczy się do sportu, więc pomijam. Natalia (45) — joga dwa razy w tygodniu, ogród, niedzielne spacery z Fredem. Ja (47) — kalistenika od 2024, narty zimą, rower w weekend. Cisza na chwilę, a potem Kuba rzucił: „No tata, jesteśmy. Tylko nikt nas razem nie widzi.” I trafił idealnie. Bo my nie biegamy razem w grupie, nie jeździmy na zawody, nie mamy pasujących koszulek z napisem „Rodzina Kolasów Team”. Ale każdy z nas się rusza i — co ważniejsze — każdy z nas to lubi.

Ten wpis jest właśnie o tym. O rodzinnym sporcie w weekend w naszym wykonaniu — czyli o tym, co u nas po czterech latach prób działa naprawdę, a co po cichu odpadło. Bez ściemy, bez „odkryjcie magiczną metodę”, bez koszulek z napisem. Konkretnie: cztery aktywności, które zostały, jedna sekcja o tym, czego nie udało się utrzymać, i kilka zasad, które nam pomogły to dociągnąć dłużej niż do trzeciej soboty. Pisałem już o tym, że wspólne ćwiczenia mają sens — tu chcę pokazać, jak to wygląda u nas w praktyce, bez idealizowania.

1. Rower — najprostsze, najtańsze, najpewniejsze

Jeśli ktoś by mnie zapytał, co u nas zadziałało jako pierwsze i trzyma się najdłużej — odpowiedź jest prosta. Rower. Nie żaden gravel za 12 tysięcy, nie e-bike z silnikiem, nie wyścigowy karbon. Cztery rowery cross/trekking w cenach od 2,5 do 4 tysięcy, kupione w różnych latach, kalibrowane w tym samym serwisie raz na sezon. Każdy z nas ma swój i każdy z nas wie, gdzie ten rower stoi w garażu. To jest cała filozofia.

Nasza weekendowa pętla to dwadzieścia kilometrów z Katowic-Ligoty przez Lasy Murckowskie i z powrotem. Wyjeżdżamy w sobotę albo w niedzielę, najczęściej około dziesiątej, bo wcześniej Zosia jeszcze śpi, a Natalia wypija pierwszą kawę. Trasa jest płaska na tyle, żeby nikt nie cierpiał, urozmaicona na tyle, żeby się nie znudzić, i kończy się w domu, więc nie ma logistyki. To nie jest wyczyn — to jest rytuał.

Co najważniejsze — wszyscy mamy podobne rowery. Brzmi banalnie, ale wierzcie lub nie, to ma znaczenie. Nikt nikomu nie ucieka, nikt nikogo nie ciągnie. Kuba mógłby na swoim crossie spokojnie wyprzedzać nas o kilometr, ale tego nie robi, bo wie, że wtedy się to po prostu rozjedzie. Natalia jest najwolniejsza, ale wcale nie wolna — i tempo, które ona narzuca, jest tempem, w którym da się rozmawiać. A rozmowy z dwójką nastolatków na rowerze to jest zupełnie inna jakość niż rozmowy przy stole, gdzie wszyscy patrzą w telefony.

Konkret finansowy: serwis dwóch–trzech rowerów rocznie (kalibracja, klocki, łańcuch) to u nas około 600–800 zł na sezon. Same rowery jak już są — są. Plus kaski, plus po jednej parze rękawiczek na osobę. To jest najtańszy wspólny sport, jaki znam.

2. Kalistenika — dom jako siłownia

Drążek w futrynie pokoju Kuby. Mata gimnastyczna pod łóżkiem. Dwa kettlebelle (8 i 16 kg) w rogu. Tyle. To jest cała „siłownia”, która zaczęła się w 2022 od Kuby i — ku mojemu zaskoczeniu — w 2024 wciągnęła mnie. Pisałem o tym, jak kalistenika Kuby zmieniła go fizycznie i charakterologicznie, ale nie pisałem jeszcze o tym, że ten sam drążek przez ostatnie półtora roku służy też mnie.

Szczerze mówiąc, kiedy syn po raz pierwszy zaproponował mi wspólne pompki, moja pierwsza reakcja była — cóż, zabawna. Bo wiecie, ja jestem facet po czterdziestce, z lekkim brzuszkiem, w pracy siedzę po dziewięć godzin przed monitorem. Pompki kojarzyły mi się z liceum. A jednak. Zacząłem od ośmiu pompek na kolanach, dziś robię piętnaście klasycznych. Drążek jeszcze mnie boli, więc na wis trzymam się trzydziestu sekund, ale podciąga to się powoli do czterech-pięciu pełnych podciągnięć. Bez planu, bez aplikacji, bez Garmina. Trzy razy w tygodniu po dwadzieścia minut. Punkt.

I tu jest piękno tej dyscypliny w wersji rodzinnej — koszt zerowy. Ten drążek wisi tam i tak. Mata leży i tak. Kettlebelle stoją i tak. Nie ma karnetu, nie ma dojazdu, nie ma „nie chce mi się jechać”. W deszczowy listopadowy wieczór, kiedy crossfit Kuby jest dwa kilometry od domu i pada bokami, drążek w futrynie nie ma żadnych wymagań logistycznych. To jest sport, który wpisuje się w życie, a nie odwrotnie.

Czy ćwiczę razem z Kubą? Czasem, choć on ma już zupełnie inną ligę i cierpliwie czeka, aż skończę swoją serię. Częściej każdy z nas robi swoje, ale wiemy o sobie. „Tato, robiłeś dziś?” — pyta przy obiedzie. „Robiłem, dziesięć trzy serie.” „Ok.” Tyle. To jest ten typ wspólnoty, który nie wymaga koszulek z napisem.

3. Crossfit — osobno, ale razem

Tu zacznę od rzeczy nieoczywistej. Kuba i Zosia chodzą na crossfit do dwóch różnych boxów. Kuba — w grupie zaawansowanej, trzy razy w tygodniu, swoja ekipa, swoje rekordy. Zosia — najpierw crossfit kids, dziś grupa młodzieżowa, dwa razy w tygodniu, swoje koleżanki, swoje tempo. Ja i Natalia na crossfit nie chodzimy w ogóle — ja zostałem przy kalistenice w domu, Natalia przy jodze. Z zewnątrz ktoś mógłby powiedzieć: to nie jest „rodzinny crossfit”. I miałby rację. A jednocześnie nie miałby.

Bo to, co się u nas dzieje, to coś, czego się sam musiałem nauczyć. Po treningu — niezależnie czyim — wracają do salonu, padają na kanapę, biorą wodę z lodówki i opowiadają. „Tato, dziś robili Murph w skróconej wersji, Kuba ma 32 minuty, ale rwał się na podciągnięciach.” „A u was co?” „Ja zrobiłam szóstkę bicepsa pierwszy raz.” „Konkretnie.” To są piętnasto-, dwudziestominutowe rozmowy, które mają walutę — nikt nie udaje, że nie wie, o czym tamten mówi. Wszyscy wiemy, co to AMRAP, co to Rx, co to 1RM. Mamy wspólny język sportowy mimo tego, że trenujemy osobno.

Pisałem o tym szerzej w kontekście dzieci — crossfit dla nastolatków w naszym przypadku okazał się nie tyle „rodzinną aktywnością”, co wspólnym mianownikiem dla rozmów. To jest paradoks, którego się nie spodziewałem — sport, który robisz osobno, może być silniejszym łącznikiem niż sport, który robisz razem. Pod warunkiem, że masz potem gdzie się o nim pogadać.

Konkret finansowy: karnet crossfit u nas to około 250 zł miesięcznie na osobę, dzieciaki mają zniżkę uczniowską/studencką. Łącznie za dwójkę nastolatków zostawiamy w boxach około 500 zł miesięcznie, czyli 6 tysięcy rocznie. To nie jest mało. Ale to jest też najlepiej wydane pół tysiąca w naszym domowym budżecie i wiem, że jak przyjdzie pisać kolejny budżet w grudniu, to ta linijka nie będzie podlegała dyskusji.

4. Snowboard i narty — różny sprzęt, jedna góra

Zima u Kolasów to temat osobny i przyznaję — najbardziej pieszczochowski. Zosia od 10. roku życia jeździ na desce (już siódmy sezon), Kuba próbuje deski od dwóch lat i zaczyna mu wychodzić, ja zostałem przy nartach z dziecięcego sentymentu, Natalia w góry jeździ, ale na stoku siedzi w restauracji z książką, bo „raz spróbowała w 2008, raz wystarczy”. Wyjazdy mamy regularne — Wisła, Szczyrk, czasem Zwardoń-Skalité, dwa-trzy razy w sezonie po cztery dni.

Kluczem okazało się jedno: różny sprzęt nikomu nie przeszkadza, jeśli wszyscy są na tej samej górze. Wjeżdżamy razem na wyciąg, na górze rozjeżdżamy się na różne trasy w swoim tempie, na dole spotykamy się w karczmie na herbatę. Nikt nikogo nie uczy (poza pierwszym sezonem Zosi, kiedy poszła do instruktora — i bardzo dobrze, bo jako rodzic byłbym fatalnym nauczycielem). Nikt nikogo nie krytykuje. Każdy jeździ jak umie, cieszy się jak chce, schodzi z góry ile razy starczy nóg.

Konkret finansowy: pojedynczy sezon zimowy kosztuje nas, łącznie ze sprzętem, karnetami, noclegami i wyżywieniem na miejscu, około 1500 zł na osobę aktywną na stoku — czyli za trójkę około 4,5 tysiąca rocznie. Sprzęt mamy w większości swój (deska Zosi, deska Kuby, narty moje), więc dochodzą serwisy i okazjonalna wymiana butów. Natalia idzie w pakiecie noclegowym, ale na stoku nie startuje, więc karnetu jej nie liczę. To są pieniądze, ale to są też wakacje — nie traktujemy tego jak „dodatkowy sport”.

5. Co NIE zadziałało u nas

Ten rozdział powinien być w każdym tekście o rodzinnym sporcie, a najczęściej go nie ma — bo łatwiej pisać o sukcesach. Ja wam powiem o porażkach.

Bieganie wspólne — totalna klapa. Próbowaliśmy z Natalią dwa razy. Pierwszy raz w 2023, drugi raz wiosną 2024. Pomysł był prosty: wstać o siódmej w niedzielę, wyjść na trzy kilometry po lesie obok domu, wrócić na śniadanie. Pierwszy raz Natalia powiedziała po dwustu metrach, że „bieganie nie jest dla niej”. Drugi raz — że „spróbujemy raz jeszcze, ale jeśli mi się nie spodoba, to definitywnie koniec”. Nie spodobało się. Definitywnie koniec. I wiecie co? Po drugiej próbie zrozumiałem, że ciągnięcie na siłę kogoś do dyscypliny, której nie czuje, jest bezsensowne. Natalia ma swoją jogę, ja mam swoje pompki — i to jest ok.

Pływanie — wspólnie nikt nie chciał. Wymyśliłem kiedyś, że basen na Burowcu w sobotę rano to mógłby być nasz nowy rytuał. Zaproponowałem przy obiedzie. Przyszła chwila ciszy, a potem Zosia powiedziała: „Tato, ja pływam tylko jak musimy, nad morzem.” Kuba dodał: „Ja też wolę nie.” Natalia: „Mnie chlor wykańcza.” I to był jednogłośny werdykt. Trzy „nie” i jedno „ok, rozumiem”. Nigdy więcej tego nie próbowaliśmy i — szczerze mówiąc — to też jest forma rodzinnej decyzji. Słuchać, jak wszyscy mówią to samo.

Wniosek metodą prób i błędów: nie każda dyscyplina wam się sklei. I nie ma w tym nic złego. Jeśli próbowaliście biegania trzy razy i wam nie wyszło, to nie znaczy, że nie jesteście „aktywną rodziną”. To znaczy, że bieganie to nie wasze. Idźcie dalej szukać.

Tak mawiała moja babcia: „Nie ten silny, co podnosi największy ciężar, tylko ten, co wie, którego nie warto.”

Zasady, które przyjęliśmy

Po czterech latach obserwacji wypracowaliśmy z żoną — najpierw przez próby i błędy, potem już świadomie — kilka prostych reguł. Nie są wykute w kamieniu, ale to one sprawiają, że po niedzielnym obiedzie pytanie Zosi „czy my w ogóle jesteśmy sportową rodziną” miało taką a nie inną odpowiedź.

  1. Każdy ma prawo nie chcieć danej dyscypliny. Bieganie u nas odpadło, bo Natalia powiedziała „nie”. Nikt jej nie ciągnął. Pływanie odpadło, bo dzieci powiedziały „nie”. Nikt nie ciągnął. Wymuszony sport to nie jest sport, to jest kara.
  2. Wspólne aktywności muszą działać w tempie najwolniejszego. Na rowerze tempo dyktuje Natalia, nie Kuba. To jedyna zasada, która sprawia, że wracamy na te dwadzieścia kilometrów co tydzień, a nie raz w sezonie.
  3. Osobny trening nie wyklucza wspólnoty — pod warunkiem rozmowy. Crossfit robimy osobno, ale rozmowa po treningu jest u nas obowiązkowa. „Jak było” nie jest pytaniem grzecznościowym, jest częścią treningu.
  4. Sprzęt każdy ma swój. Wspólny sprzęt — wspólne kłótnie. Każdy ma swój rower, swoją deskę/narty, swoją matę. To kosztuje na początku, ale eliminuje 80% konfliktów.
  5. Niedopuszczalne jest porównywanie się między rodzeństwem. Kuba podciąga 15, Zosia 4. Kuba robi crossfit w grupie zaawansowanej, Zosia w młodzieżowej. To są inne ligi i tak ma być. U nas w domu nie ma „a Kuba w twoim wieku już…”. Nigdy.

Te pięć punktów wisi sobie nigdzie indziej niż w mojej głowie, ale każdy w rodzinie wie, że tak działa. I to wystarczy.

Wracając do tej niedzieli i pytania Zosi przy obiedzie. Po dłuższej chwili odpowiedziałem jej coś w stylu: „Tak, jesteśmy. Tylko nie tak, jak myślisz, że trzeba.” Natalia kiwnęła głową. Kuba wzruszył ramionami i sięgnął po dokładkę. Zosia chyba została z odpowiedzią, którą rozumiała, bo wieczorem powiedziała mi, że pójdziemy w sobotę na rower, „tak na półtorej godziny, dla samej zasady”. Poszliśmy. I to chyba właśnie o to całe chodzi.

Ile kosztuje zacząć rodzinny sport w weekend?

Najtaniej – 0 zł (spacery, biegi po parku). Rower 4 osoby używany – 2000-3500 zł jednorazowo, starczy na 4-5 sezonów. Kalistenika w domu – drążek i mata za 150 zł. CrossFit dla nastolatka – 250-300 zł miesięcznie.

Co zrobić, jeśli dziecko nie chce ruszyć się z kanapy?

Nie walczyć czołowo. U nas zadziałało najpierw rozpoczęcie ruchu przez rodzica (ja biegałem, Kuba patrzył rok, potem dołączył) i krótkie dystanse (5 km na rowerze, nie 20). Pomogła też obietnica kawy albo lodów w środku trasy – nie jako łapówka, ale jako rytuał.

Od jakiego wieku wspólny sport z dziećmi?

U nas rower od 6 r.ż. (krótkie trasy), narty/snowboard od 8-10 r.ż., kalistenika od 13-14 r.ż. Najważniejsze to nie zaczynać za późno – nastolatek, który w 15 lat nigdy nie wyszedł z rodzicami pobiegać, raczej nie zacznie w 17.

Czy rodzinny sport sprawdza się przez dłuższy czas?

U nas – tak, cztery lata. Z tym że charakter się zmienia – z codziennego wspólnego treningu przeszliśmy na weekendowy rower plus osobne CrossFity. To naturalny ewolucja, nie koniec.

Autor wpisu

Paweł Kolasa

47 lat, tata dwójki nastolatków — Kuby (19) i Zosi (17). Mieszka z żoną Natalią w Katowicach, od 2022 prowadzi bloga Służba Rodzinie. Nie jest psychologiem. Nie jest pedagogiem. Jest tatą, który uczy się metodą prób i błędów — i dzieli się tym, co z tego wychodzi.

Tata Kuby i ZosiKatowiceBlog od 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *