Syn zaczął jeździć autem. Oddałem mu mój fotel kierowcy — dosłownie

Sobota, koniec maja, parking przed naszym domem w Ligocie. Stoję przy klapie bagażnika Kodiaqa, ładuję plecak z termosem i dwiema kanapkami od Natalii. Wyjeżdżamy na pierwszą wspólną dłuższą trasę z Kubą za kierownicą — Katowice, Ustroń, Beskidy. Niecałe sto trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Kuba podchodzi z drugiej strony auta, brzęczy kluczykami w dłoni i pyta z tym swoim półuśmiechem, który ćwiczy chyba od piętnastego roku życia: „Tato, jedziemy na ślepy gaz, czy dasz mi te kluczyki?”. Patrzę na niego, na te jego sto osiemdziesiąt sześć centymetrów, na delikatny zarost, którego nie miał jeszcze rok temu, i myślę sobie: dobra, to jest ta chwila. Wyciągam z kieszeni kluczyk, kładę mu na otwartej dłoni i mówię tylko: „Twoje. Jadę z prawej”. Słyszę, jak Natalia za moimi plecami parska śmiechem, a Zosia komentuje z furtki: „Mama, popilnuj go, bo tata zaraz dostanie zawału”.

Kuba zrobił prawo jazdy kategorii B na przełomie zimy 2025 i 2026, zaraz po osiemnastych urodzinach — w styczniu zdał teorię, w lutym praktykę za drugim podejściem. Ma teraz dziewiętnaście lat i mniej więcej rok doświadczenia za kierownicą. Jeździł po mieście — z mamą, ze mną, na lekcje doszkalające. Ale dalsza trasa, autostrada, serpentyny w Beskidach — to było coś, czego jeszcze razem nie robiliśmy. Dziś go puszczam. To znaczy: syn prawo jazdy ma od pół roku, ale dopiero dziś naprawdę oddaję mu kluczyki do rodzinnego auta na całą wyprawę. I muszę Wam powiedzieć — między „mieć prawko” a „dostać kluczyki taty” jest jeszcze cała przepaść, którą człowiek odkrywa dopiero, gdy stoi z prawej strony deski rozdzielczej.

Kodiaq to nie autoszkoła — czyli dlaczego się bałem

Najpierw sprawa techniczna. Naszą Škodę Kodiaqa rocznik 2021 kupiliśmy z Natalią, „bo na narty musimy się zmieścić z deskami”. Siedmioosobowe auto, automatyczna skrzynia, ponad cztery i pół metra długości, prawie tona osiemset suchej masy. Kuba uczył się jeździć w autoszkole na Toyocie Yaris — jakieś dwa metry krótsza, manualna skrzynia, lekka jak rower w porównaniu z naszym wozem. Sam przyznał kiedyś, że „Yaris się rusza, jak myśl pomyśli, a Kodiaq trzeba poprosić”. Z drugiej strony — automat to dla młodego kierowcy ulga. Brak sprzęgła, brak ryzyka, że zgaśnie na podjeździe pod Wisłą. Selektor biegów, hamulec, gaz, kierownica. Tyle. Teoretycznie prościej.

Praktycznie? Boję się trzech rzeczy. Gabaryty — Kodiaq jest szeroki, na wąskich drogach beskidzkich potrafi zaboleć przy mijaniu się z autobusem PKS. Automat, do którego sam musiałem się przyzwyczajać. I — chyba najmocniej — droga nr 81, tak zwana „wiślanka”. Trasa Katowice–Ustroń to klasyk dla każdego Ślązaka, ale fragmenty są wąskie, kierowcy lubią cisnąć, a w sezonie weekendowym potrafi być korek. Dla mnie, czterdziestosiedmiolatka z dwudziestoma latami za kółkiem, to rutyna. Dla Kuby — pierwszy raz na takim odcinku z prawdziwego zdarzenia.

Szczerze mówiąc, jeszcze tydzień przed wyjazdem rozważałem, czy nie przejechać samemu pierwszej połowy trasy do Skoczowa. Natalia spojrzała na mnie znad swojego kubka herbaty i powiedziała: „Paweł, jak go nie puścisz dziś, to nie puścisz nigdy”. Punkt dla niej. Ona ma talent do takich zdań, które kasują wszystkie moje wymówki w pół sekundy.

Moje trzy odruchy, które udusiłem w sobie

Wsiadam z prawej. Kuba ustawia sobie fotel, reguluje lusterka, zapina pas, sprawdza martwe pole. Robi to spokojnie, wręcz pedantycznie. Natalia siada za nim, żebym nie był sam z synem za kierownicą — taka cicha umowa, choć żadne z nas nie ujęło tego w słowa. Zosia z gitarą na kolanach ląduje za mną. Pierwsze metry. Ręka mi sama wędruje do drążka zmiany biegów.

I tu jest absurd całej sytuacji. W Kodiaqu nie ma drążka. Jest selektor — taki niski przycisk-dźwigienka między fotelami, którym przerzuca się Drive, Reverse, Park, i którego dotykasz dwa razy na całą trasę. A moja prawa dłoń, wyćwiczona na manualach przez dwadzieścia lat, jedzie tam i z powrotem, jak gdyby chciała coś przerzucić z piątego na czwarty na podjeździe. To pierwszy odruch, który muszę udusić w ciągu trzech sekund. Zaciskam dłoń na własnym udzie, opieram nadgarstek na kolanie, patrzę przez okno i staram się oddychać.

Drugi odruch — lewa noga. W aucie z manualem lewa noga ma robotę: sprzęgło. W aucie automatycznym lewa noga leży na specjalnej półeczce, tak zwanym podnóżku, i się nudzi. Tylko że gdy Kuba zjeżdża z osiedla na sygnalizację świetlną i lekko hamuje, mojej lewej nodze marzy się dociśnięcie sprzęgła, którego nie ma. Czuję, jak mi się napina łydka. Pomyślałem sobie: „Paweł, ty tu nawet nie prowadzisz”. I tak — nawet wiedząc, mózg dalej swoje.

Trzeci odruch jest najgorszy, bo dotyczy ust. Mam straszną ochotę powiedzieć: „Uważaj, ten po lewej zaraz wjedzie”, „Spowolnij przed tym łukiem”. Każdy z tych komentarzy ma w głowie jedno źródło — chcę pomóc. Każdy z nich w praktyce powie Kubie tylko jedno: „Nie ufam ci”. Więc gryzę wargę. Dosłownie. Łapię dolną wargę zębami i trzymam. To moja mantra pasażera-rodzica, którą wymyśliłem po pierwszych dwudziestu kilometrach — „gryź wargę, nie komentuj”. Działa. Bolą zęby, ale milczysz.

Kuba prowadzi lepiej niż ja w jego wieku

Po piętnastu kilometrach, gdy wyjeżdżamy z Katowic na A4, zerkam dyskretnie w bok. Kuba siedzi prosto, ręce na kierownicy w pozycji „za dziesięć druga”. Patrzy daleko przed siebie, nie nerwowo. Wyprzedza spokojnie — kierunkowskaz, zerknięcie w martwe pole, manewr. Włącza tempomat na sto czterdzieści. Jedzie tak, jakby od pół roku robił to codziennie — choć na autostradzie był może trzy razy.

I tu mnie coś uderzyło. Ja w wieku dziewiętnastu lat — bo prawko zrobiłem na pierwszym roku Politechniki, w 1997 — jeździłem starym oplem astrą ojca i robiłem dokładnie te wszystkie głupoty, które dziś mnie wkurzają u innych kierowców. Wyprzedzałem na trzeciej linii. Cisnąłem na żółtym. Pamiętam, jak ojciec po pierwszej naszej wspólnej trasie powiedział mi jedno zdanie: „Jeszcze trochę i kogoś zabijesz”. Wkurzyło mnie to wtedy strasznie. Dziś rozumiem go w stu procentach. Patrząc na Kubę, mam dokładnie odwrotne uczucie. Ten chłopak prowadzi bardziej zachowawczo, bardziej świadomie, niż ja w jego wieku. Po prostu — patrzę i widzę kierowcę, którego nie spodziewałem się zobaczyć tak szybko.

Mówię mu to. Po raz pierwszy w trasie odzywam się dłuższym zdaniem niż „skręć w prawo” — choć nawigacja działa i nie potrzebuje mojej pomocy. „Kuba, dobrze prowadzisz. Spokojnie. Poważnie”. On nie odrywa wzroku od drogi, kiwa głową, mruczy „dzięki tato” i przez sekundę widzę u niego tę minę, której nie umiem opisać inaczej niż „gość, któremu zrobiło się ciepło, ale nie da po sobie poznać”. Ku mojemu zaskoczeniu, ten jeden komentarz odprężył mnie bardziej niż jego.

Ustroń w 1h 20 minut (a ja nie zwariowałem)

Gdy zjeżdżamy z 81 na Ustroń, łapię się na tym, że nie mam zaciśniętych rąk. Pierwszy raz od godziny i dwudziestu minut moje dłonie leżą luźno na udach. Kuba dowozi nas pod parking koło wejścia na Równicę o jedenastej trzydzieści — wyjechaliśmy o dziesiątej dziesięć. Sto trzydzieści kilometrów, jeden postój na Skoczowie (sam zatankował, sam zapłacił BLIKiem, ja siedziałem na ławce z kawą), żadnych incydentów. Parkowanie w wąskiej luce — bez problemu, użył kamery cofania, której ja sam dalej nie ufam.

Wysiadam, rozprostowuję plecy, zerkam na Natalię. Ona patrzy na mnie z tym uśmiechem, który mam zarezerwowany — „a nie mówiłam?”. Zosia wyskakuje z gitarą i z miejsca rzuca: „Tato, weź oddychaj, bo cały czas wstrzymywałeś oddech, słyszałam z tyłu”. Śmieję się. Naprawdę się śmieję, bo ona ma rację — przez ostatnie pół godziny faktycznie oddychałem co drugą minutę. Kuba zamyka centralnie auto, pyta mnie tylko: „Tato, idziemy na Równicę, czy najpierw kawa?”. I to jest to. Nagle to nie jest „ojciec wiezie rodzinę w Beskidy”. To jest „syn przywiózł rodzinę w Beskidy, a ojciec ledwo żyje, ale jest wniebowzięty”.

Wybraliśmy najpierw kawę, potem Równicę, potem ognisko nad Wisłą — Zosia wyjęła gitarę, zagrała trzy akordy „Wonderwall” (cztery, bo jeden tradycyjnie pomyliła), a ja siedziałem na pniu z kubkiem herbaty i myślałem sobie, że to jeden z tych dni, o których pisałem już kiedyś — o Beskidach mam słabość zawodową, ale tym razem góry były tylko tłem dla wyprawy, w której mój syn został kierowcą.

Po co właściwie oddaje się fotel

Wracaliśmy wieczorem. Też prowadził Kuba. Tym razem byłem już wyraźnie spokojniejszy, choć dalej co jakiś czas moja prawa dłoń wędrowała w stronę nieistniejącego drążka. Stara pamięć ciała nie odchodzi w ciągu jednego dnia. Pomyślałem sobie po drodze rzecz, której nie spodziewałem się sformułować po jednej wycieczce do Ustronia.

Oddanie fotela kierowcy nie polega na oddaniu kluczyków. To jest oddanie roli. Od tego momentu, gdy wyniosłem Kubę ze szpitala w foteliku, byłem tym, który wozi. Do żłobka, do przedszkola, na piłkę, na trening, na maturę. To była moja niepisana funkcja w rodzinie — kierowca. Dziewiętnaście lat. Tysiące przejazdów. I nagle, jednego majowego dnia, oddaję ten fotel synowi i muszę odpowiedzieć sobie na pytanie: kim ja teraz jestem w aucie?

Nie jestem instruktorem — i mówię to wprost. Nie skończyłem żadnego kursu doszkalającego dla rodziców uczących dzieci jazdy, nie czytałem poradników, nie mam pojęcia, co robić, gdy mojemu synowi zdarzy się pierwsza poważniejsza sytuacja na drodze. Nie udaję, że wiem. Wiem tylko jedno — moja rola się przesunęła. Z kierowcy stałem się pasażerem. Z osoby, która prowadzi, stałem się osobą, która towarzyszy. I szczerze mówiąc, towarzyszenie jest trudniejsze niż prowadzenie. Bo prowadząc, masz wpływ. Towarzysząc, możesz tylko zaufać.

Oddać fotel kierowcy nie znaczy zniknąć. Znaczy przesiąść się i nauczyć ufać.

Ja, sobota wieczorem, na fotelu pasażera Kodiaqa, gdzieś między Skoczowem a Katowicami

Czego nauczyła mnie ta pierwsza wyprawa

Po powrocie do domu, gdy Kuba poszedł do swojego pokoju, a Albert wskoczył na blat kuchenny, zrobiłem sobie z Natalią herbatę i spisałem na kartce kilka rzeczy. Dzielę się nimi tutaj — nie jako instrukcją, tylko jako notatkami pasażera-rodzica.

  • Gryź wargę, nie komentuj. Każda uwaga w trakcie jazdy to dla młodego kierowcy informacja: „nie ufam ci”. Komentarze zachowaj na po przyjeździe — wtedy się to nazywa rozmową, a nie krytyką w trakcie manewru.
  • Pochwal raz, krótko, szczerze. „Dobrze prowadzisz” powiedziane w odpowiednim momencie odpręża obu — kierowcę, bo wie, że zauważasz, i pasażera, bo musi to wreszcie wypowiedzieć i samemu sobie.
  • Posadź drugiego dorosłego z tyłu. Natalia za Kubą była dla mnie rodzajem cichej kotwicy. Wiedziałem, że jeśli mi puszczą nerwy, ona w ułamku sekundy spuści powietrze z atmosfery jednym zdaniem. Nie musiała — ale sam fakt jej obecności pomógł.
  • Pozwól mu zatankować, zapłacić, zaparkować. To są drobiazgi, ale wszystkie składają się na jedno odczucie: „to jest moja trasa, moja odpowiedzialność”. Zatankowanie samodzielnie i zapłacenie BLIKiem z własnego konta to dla dziewiętnastolatka coś, czego się nie zapomina.
  • Po drodze nie ucz, po drodze towarzysz. Lekcji udzielaj wcześniej — w autoszkole, na pustym parkingu, na jeździe doszkalającej. W trakcie wspólnej wyprawy bądź ojcem, nie egzaminatorem. Egzaminator już go egzaminował i dał mu prawko.
  • Zrób porządek z własną głową. Lęk pasażera-rodzica to nie jest słabość. To jest miłość, która szuka kontroli. Im wcześniej to nazwiesz po imieniu, tym łatwiej się z tym ułożyć. U mnie zadziałało gryzienie wargi. U kogoś innego może zadziałać oddychanie, modlitwa, słuchanie radia, plecak z herbatą — co kto lubi.

I jeszcze jedna refleksja, w sumie najmocniejsza. Te wspólne dziewięćdziesiąt minut w jedną stronę i tyle samo z powrotem to były inne kilometry niż wszystkie, które jechałem z Kubą wcześniej. Bo zawsze byliśmy w jednej linii — ja z przodu, on z tyłu. Patrzyłem na niego we wstecznym lusterku. Tym razem siedzieliśmy ramię w ramię, patrzyliśmy na ten sam fragment drogi z tej samej wysokości. To jest fizyczna metafora czegoś, co dzieje się też emocjonalnie — przesuwamy się ze schematu rodzic-dziecko w schemat dwóch dorosłych w tym samym aucie. O budowaniu więzi rodzinnych pisałem już z różnych perspektyw, ale tę konkretną — perspektywę pasażera obok dorosłego dziecka — odkryłem dopiero teraz.

Dziś rano, w niedzielę, Kuba zapytał mnie przy śniadaniu, czy w przyszłą sobotę pojedziemy razem na zakupy do Auchan w Mikołowie — „bo ja zawiozę, mama potrzebuje większych sprawunków”. Odpowiedziałem „tak” bez wahania. Cóż, oto stałem się pasażerem na własne życzenie. I szczerze mówiąc, ku mojemu zaskoczeniu — pasować mi to zaczyna szybciej, niż się spodziewałem.

Kiedy pozwolić nastolatkowi jeździć samemu po prawku?

U nas Kuba zaczął jeździć sam (bez ojca) mniej więcej po 500-700 km z tatą. To nie zasada – to nasze domowe poczucie. Niektóre dzieciaki są gotowe od razu, inne potrzebują miesięcy. Obserwujcie, jak reaguje na stres – nie czy umie ruszać pod górkę.

Czy komentować sposób jazdy początkującego kierowcy?

Z moich domowych obserwacji – nie. Komentowanie zabiera pewność siebie, a pewność siebie to połowa bezpieczeństwa za kółkiem. Interweniować tylko przy realnym zagrożeniu, reszta to ich szkoła.

Jak wspólnie ćwiczyć jazdę z dzieckiem po prawku?

My zrobiliśmy z Kubą wspólny wyjazd 1-2 dniowy w obie strony – Katowice-Szczyrk. Trasa mieszana: miasto, autostrada, wiejska droga górska. To dało mu przegląd warunków. Unikałem jazdy nocą na początku.

Co mówić, gdy dziecko się denerwuje za kółkiem?

U nas działało „spoko, jeździsz dobrze”. Nic więcej. Bez analizy, bez rad. Kuba parę razy sam powiedział „tato, boję się zmienić pas” – wtedy odpowiedziałem „to się nie zmieniaj, zjadę na następnym”. Dać mu prawo do „nie” – to bezcenne.

Czy kupić dziecku własne auto po prawku?

U nas nie było tej dyskusji – Kuba dostał klucze do Kodiaqa, gdy potrzebuje, ale zwykle jeździ rowerem lub tramwajem do PŚl. Moje prywatne zdanie – własne auto 18-19-latka częściej robi szkodę niż pożytek. Ale to zależy od dzieciaka i miejsca zamieszkania.

Autor wpisu

Paweł Kolasa

47 lat, tata dwójki nastolatków — Kuby (19) i Zosi (17). Mieszka z żoną Natalią w Katowicach, od 2022 prowadzi bloga Służba Rodzinie. Nie jest psychologiem. Nie jest pedagogiem. Jest tatą, który uczy się metodą prób i błędów — i dzieli się tym, co z tego wychodzi.

Tata Kuby i ZosiKatowiceBlog od 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *